Przyznaję, dawno już nie oglądałem na naszych scenach przedstawienia, w którym – jak w szwajcarskim zegarku – wszystkie trybiki idealnie z sobą współpracowały tworząc zachwycającą całość, co jest zasługą reżyserii prof. Grzegorza Chrapkiewicza. W tym przedstawieniu Warszawskiej Opery Kameralnej niema ma słabych miejsc; jest dynamika sytuacji wykorzystująca każdy moment akcji do budowania humoru podporządkowanego muzyce Rossiniego, i z jej pulsu wywiedzionego. Przez scenę kroczy wspaniała galeria kolorowych i pełnych życia postaci, z których każda chce coś ugrać dla siebie. Właśnie humor postaci i scenicznych sytuacji stał się podstawą reżyserii tego przedstawienia.
Wszędobylski Figaro każdego potrafi wyprowadzić w pole, a pokaźna sumka jaką na początku otrzymuje od hrabiego, wyraźnie dodaje mu inwencji w wymyślaniu kolejnych gagów mających zmylić zazdrosnego i zarozumiałego doktora Bartolo i umożliwić zakochanym kolejną schadzkę. Hrabia Almaviva też zrobi wszystko (przebierze się nawet za kawalerzystę, który żąda kwatery w domu Bartolo) byle tylko spotkać się z ukochaną Rozyną. Wreszcie perełka tej opery Don Basilio diaboliczny, kochający plotki i pieniądze, intrygant. To właśnie oni są motorem napędowym akcji, która zaskakuje młodzieńczą werwą i sytuacyjnym humorem.
Powstały w 1816 roku, w ciągu zaledwie dwóch tygodni, Cyrulik sewilski jest prawdziwą perłą nie tylko wśród dzieł Rossiniego, ale w całej światowej literaturze operowej. Wygwizdany na premierze, oklaskiwany już w trakcie kolejnych spektakli, od blisko dwustu lat bawi publiczność całego świata. Nieprzemijającą popularność zapewniają mu muzyczny humor, pełne melodyjnej kantyleny partie wokalne oraz wartka, pełna zabawnych sytuacji, akcja. Wszystko to można odnaleźć w inscenizacji prof. Chrapkiewicza. Premiera Cyrulika sewilskiego w Warszawskiej Operze Kameralnej (20 listopada) okazała się prawdziwym świętem włoskiej opery komicznej. Spektakl prof. Grzegorza Chrapkiewicza łączy w sobie inteligentną zabawę teatralną formą z mistrzowskim wykonaniem muzycznym, tworząc widowisko, które zaskakuje wciąż nowymi pomysłami i wciąga od widza od pierwszego momentu w wir scenicznej akcji. Idealnie w pomysły reżyserskie wpisały się nie tylko: urzekająca prostotą scenografia Wojciecha Stefaniaka, efektowne kostiumy Anny Chadaj, świetnie podkreślające charakter każdej postaci. Ale również dynamiczny ruch sceniczny, opracowany przez Ewelinę Adamską-Porczyk.
Znakomicie w tym odnaleźli się wszyscy wykonawcy. W obsadzie prym wiedzie Hubert Zapiór w roli wszędobylskiego Cyrulika. Ten Figaro ma błysk w oku i szelmowską minę, a dobrze brzmiący baryton i aktorska swoboda zasługują na szczególne uznanie. Była to okazja do obcowania z kreacją wokalno-aktorską dużego formatu. Dzielnie mu sekundowała Teresa Marut, dysponująca lekkim, dobrze brzmiącym, sopranem koloraturowym, z czego zresztą zrobiła najważniejszy atut swojej kreacji. Miałem wrażenie, że śpiewanie koloraturowych pasaży o niebotycznie wysokich dźwiękach sprawia jej autentyczną przyjemność. Była Rozyną o dziewczęcym wdzięku i niemałym temperamencie scenicznym, któremu nie brakuje jednak sprytu i umiejętności dążenia do celu. W partii hrabiego Almavivy dzielnie im sekundował Theodore Browne dysponujący interesującym w barwie i brzmieniu tenorem lirycznym. Piotr Myciński w partii szczerze śmiesznego w swojej zazdrości Doktora Bartolo, zachwycał od pierwszego pojawiania się na scenie. Wspaniała mimika, pięknie prowadzony głos, swoboda wokalna pozwalająca na wyśpiewanie wszelkich wokalnych pułapek tej partii pozwoliły mu stworzyć kreację, o której długo będzie się pamiętało. No i przyszedł czas na wykonawcę partii Don Basilia, to wyjątkowa partia w tej operze, z pełnym powodzeniem zmagał się z nią Tomasz Kumięga. W pozostałych rolach mogliśmy podziwiać: Elżbietę Wróblewską jako Bertę, Marka Makowskiego w roli ciągle zasypiającego Ambrożego oraz Łukasza Górczyńskiego w podwójnej roli najpierw Fiorella, później Oficera. Solistom towarzyszył chór solistów przygotowany przez Krzysztofa Kusiel-Moroza.
Muzyka Rossiniego, pod precyzyjną batutą maestro Adama Banaszka, płynęła wartką falą zachwycając świetnie wyważonymi tempami i lekkością. W jego interpretacji były: muzyczny humor, chwila lirycznej zadumy i dobra dynamika pozwalająca śpiewakom na spokojne, naturalne prowadzenie głosu. Na uznanie zasługuje precyzja w prowadzeniu złożonych ansambli, które biegły jak po przysłowiowym sznurku. Zespół Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej Musicae Antiquae Collegium Varsoviense (MACV) kolejny raz dowiódł, tą premierą, swojej artystycznej klasy.
Adam Czopek