Ładowanie Wydarzenia
05
luty
niedziela

„Wiedeński zew natury” / Joseph Haydn i Ludwig van Beethoven 

5 lutego 2023 @ 18:00 - 19:00

 

Zamek Królewski w Warszawie

Joseph Haydn i Ludwig van Beethoven 

Wiedeński zew natury

Program:

Joseph Haydn (1732-1809)
88 Symfonia G-dur

Ludwig van Beethoven (1770-1827)
7 Symfonia A-dur

Orkiestra Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej
Musicae Antiquae Collegium Varsoviense


Mistrzowskie drugie części (i nie tylko)

Franz Joseph Haydn i Ludwig van Beethoven, dwa nazwiska i dwie postacie, dzisiaj powiedzielibyśmy, pomnikowe. Ale jeśli zastosować współczesną nam terminologię i przenieść się o niemal ćwierć milenium wstecz, do rok 1790, to Papa Haydn – jak nazywali go uczniowie – dla Beethovena był tym, kogo dzisiaj nazwalibyśmy… influencerem. Analizując twórczość obu kompozytorów, nie sposób uniknąć porównań i samoistnego przenikania wzajemnych wpływów. Nie inaczej jest z zestawieniem w czasie koncertu Symfonii nr 88 Haydnowskiej z VII Symfonią Ludwiga van Beethovena. Ale, cofnijmy zegar…

Historia odnotowuje kilka spotkań obu Mistrzów, w tym oczywiście okres, kiedy Ludwig pobierał nauki od Ojca Symfonii, czyli u swojego starszego kolegi po fachu, który dzięki wkładowi w ustalenie formy symfonii, klasycznego kwartetu i sonaty, zyskał miano protoplasty tych form. W roku 1790, 58-letni Haydn przyjechał do Wiednia po dekadach pracy na dworze Esterházych, co uznaje się niemal za… odzyskanie wolności, choć on sam wiódł tam dostanie, wręcz luksusowe życie (jednak z dala od kulturalnych centrów ówczesnej Europy). Ten prawdziwy, wielki oddech w jego karierze miał ogromne znaczenie dla dalszego rozwoju. I to właśnie w Wiedniu do drzwi Haydna zapukał Johann Peter Salomon, skrzypek, kompozytor i impresario, by położyć mu na stole kontrakt – zaproszenie do Londynu i zamówienie cyklu symfonii. Kompozytor go przyjął. Ciekawostką jest fakt, że Haydna żegnał zmartwiony Wolfgang Amadeusz Mozart, przestrzegając go przed wyprawą z racji na brak znajomości języka angielskiego. Ten miał rozwiać obawy kolegi mówiąc: mój język rozumieją na całym świecie.

W drodze na Wyspy, Haydn zatrzymał się w Bonn, gdzie pierwszy raz spotkał Beethovena. Mówi się wręcz, że doszło wyłącznie do uściśnięcia dłoni. Ale gdy po 18 miesiącach, zwieńczonych wielkim sukcesem i wręcz nawiązaniem przyjaźni z królem Jerzym III (najdłużej panujący król Wielkiej Brytanii), Haydn ponownie odwiedził Bonn, miejscowi muzycy zaprosili go do Godesbergu (dzisiaj Bad Godesberg) gdzie ponownie spotkał się z Beethovenem. Tym razem Mistrz Ludwig zaprezentował kilka kompozycji na fortepianie i przedstawił rękopis, prawdopodobnie – jak twierdzą historycy – kantaty Józef skomponowanej na nabożeństwo żałobne cesarza Józefa II. Był to początek jednej z najbardziej owocnych znajomości w historii muzyki.

Elektor Arcybiskup Maximilian Francis Wenzel, widział w Beethovenie kontynuatora drogi wybranej przez jego dziadka (kapelmistrz w Bonn – również Ludwig van Beethoven, wnuk przyjął imię dziadka na jego cześć), wolę tę wspierał finansowo hrabia Ferdinand Ernst Gabriel von Waldstein. Skierowało to młodego Beethovena do Wiednia, gdzie stał się uczniem…Haydna. Nomen omen na pożegnanie hrabia wystosował do Ludwiga list, w którym napisał: w Wiedniu otrzymasz ducha Mozarta z rąk Haydna.

Choć obaj chwalili wspólną znajomość, to wiemy, że Beethoven był krnąbrnym uczniem, a Haydn równolegle z działalnością pedagogiczną realizował liczne projekty kompozytorskie, więc nie skupiał się wyłącznie na dydaktyce. Bezspornie był zachwycony talentem i dokonaniami ucznia, wielokrotnie przedstawiał go notablom, w tym swojemu ostatniemu patronowi, księciu Mikołajowi II Esterhásemu w Eisenstadt. Kończył się czas współpracy (Beethoven nie był zadowolony z przekazywanej wiedzy, potajemnie zaczął brać lekcje u Antonio Salieriego, zapamiętanego głównie dzięki Mozartowi), doszło wręcz do konfliktu i padły słowa: nigdy nie nauczyłem się niczego od Haydna! Drogi z Haydnem się rozeszły, jednak Beethoven nigdy nie wrócił do Bonn. Osiadł w Wiedniu, gdzie odniósł błyskawiczny sukces, na który Haydn musiał pracować przez dekady. Nic więc dziwnego, że Haydn nazywał Ludwiga „szczęściarzem” (Der Große Mogul). Jednak w późniejszych latach dojrzały Beethoven zawsze odnosił się do Haydna w kategoriach czci i uważał go za równego Janowi Sebastianowi Bachowi i Wolfgangowi Amadeuszowi Mozartowi. W 1809 roku, na koncercie urodzinowym Haydna (wykonano jego oratorium Stworzenie świata, kompozytor był już bardzo schorowany, jeździł na wózku). Beethoven klęknął przed nauczycielem i ucałował jego ręce i czoło. Uroczystość można porównać do gali oscarowej, zgromadziła najważniejszych ludzi z wyższych sfer i świata sztuki, a dyrygował sam Salieri. Przyjecie było wręcz ekstatyczne, co sprawiło, że wzruszonego Haydna lekarze kazali odesłać do domu w trosce o zdrowie. Haydna wniesiono na koncert i wyniesiono w majestatycznym fotelu, przywiózł go stangret Esterházych, a gest Beethovena i reakcję Haydna przyjmuje się za symboliczne „przekazanie pochodni”.

Symfonie obu kompozytorów chętnie zamieszczane są w koncertowych programach obok siebie, trafiają na płyty, jak choćby u Herberta von Karajana, Wilhelma Furtwänglera czy Leonarda
Bernsteina. Fenomenowi tego powinowactwa swoją pracę The Characteristic Symphony In the Age of Haydn and Beethoven poświęcił wybitny muzykolog i historyk sztuki, Richard Will. Można powiedzieć, frazy Beethovena naturalnie kontynuują, rozwijając koncepcje Haydna.

Znamienne, że w wypadku prezentowanych w czasie koncertu obu symfonii, ich drugie części szybko wpisały się w sposób szczególny w historię nie tylko tych twórców, ale historię muzyki w ogóle. A co ma to wspólnego z polskim aktorem Marcinem Dorocińskim oraz telewizyjnym hitem Gambit królowej?

Symfonia nr 88 G-dur Josepha Haydna powstała z myślą o orkiestrze dworu Esterházych w 1787 roku, zaraz po ukończeniu cyklu sześciu Symfonii Paryskich. To tu dopiero drugi raz zaangażował trębaczy i kotlistę w wolnej – II części (Largo), wzorując się na Symfonii nr 36 Linzkiej Mozarta, a zachwycił samego Johannesa Brahmsa, który rzekł: chcę, aby moja IX Symfonia brzmiała w ten sposób (Richard Wigmore The Telegraph). Pierwsza i ostatnia część łączą w sobie niezapomniane tematy, olśniewające kontrapunktycznym rzemiosłem i rozmachem, a sielankowy menuet przywołuje klimaty dzieł malarstwa Pietera Bruegela „przeniesione do Burgenlandu”. Wspomniane Largo jest jedną z najbardziej wzniosłych form w dorobku Haydna, zakochał się w nim sam Arturo Toscanini, który podobnie jak Bernstein upatrywał w nim elementów romantyzmu. Symfonia ta ma również niemal kryminalny wątek! Otóż rękopis dzieła Haydn przekazał swojemu przyjacielowi, skrzypkowi Johannowi Tostowi. Ten zawiózł je do wydawcy w Paryżu, ale potem zniknął i nie przekazał zapłaty kompozytorowi.

VII symfonia A-dur Ludwiga van Beethovena powstawała w latach 1811-1812, w czasie pobytu kompozytora w Teplitz (obok Karlowych Warów najpopularniejszy wówczas kurort), gdzie Beethoven
przebywał dla poprawy zdrowia. Prawykonanie dzieła dedykowanego hrabiemu Moritzowi von Frietesowi miało miejsce na Uniwersytecie Wiedeńskim 8 grudnia 1813 roku. Już wówczas II część
(Alegretto) wręcz zachwyciła publiczność, która wymogła wielokrotne bisy. Dzisiaj często jest wykonywana samoistnie i anektowana na potrzeby kina i telewizji. To właśnie jej główny temat stał
się ścieżką dźwiękową amerykańskiego hitowego miniserialu Gambit królowej (Netflix, reżyseria Scott Frank i Allan Scott na podstawie powieści The Queen’s Gambit Tevisa Waltera), gdzie obok głównej bohaterki Beth Harmony (w tej roli Anya Taylor-Joy) występuje kreujący szachowego arcymistrza Wasilija Borgowa, Marcin Dorociński. Temat ten stał się szybko przebojem serwisów
streamingowych. Samo wykonanie Berlińskich Filharmoników pod kierownictwem Herberta von Karajana osiągnęło 2,2 miliony odtworzeń, ta sama orkiestra pod Kirillem Petrenko półtora miliona, zaś Gardinerowskie wykonanie z Orchestre Révolutionnaire et Romantique – 3 miliony odsłuchań! Można więc mówić o istnym fenomenie nawet w kontekście popkultury.

Ale wróćmy do samej symfonii. Biografowie Beethovena dopatrują się w tym dziele kontynuacji wątku napoleońskiego III Symfonii, ale tu w kontekście wojen wyzwoleńczych spod panowania
Napoleona Bonaparte. Premierowy koncert z udziałem kompozytora miał charakter charytatywny, miał na celu zasilić fundusz na rzez żołnierzy rannych w bitwie pod Hanau. Sam Beethoven w przemówieniu powiedział: porusza nas czysty patriotyzm i radosne poświęcenie naszych sił, szacunek dla tych, którzy poświęcili dla nas tak wiele (Beethoven. Werkeinführungen Harry Goldschmidt). Na tym samym koncercie zabrzmiało beethovenowskie Zwycięstwo Wellingtona (hołd dla dowódcy i jego wojsk, które pokonały napoleończyków pod Vitorią w Hiszpanii). Warto dodać, że w orkiestrze zasiedli tacy mistrzowie jak Ludwig Spohr (skrzypce), kompozytorzy (!) Johann Nepomuk Hummel, Giacomo Meyerbeer i Antonio Salieri w sekcji perkusji (tak: Jan Swafford w Beethoven: Anguish and Triumph: a Biography), Domenico Dragonetti na kontrabasie (prywatnie wielki przyjaciel Beethovena), a na wiolonczeli gitarzysta Mauro Giuliani (tak: Hannu Annala w Handbook of Guitar and Lute Composers). Jak by tego było mało, w czasie koncertu prezentowano beethovenowskie kompozycje napisane na mechanicznych trębaczach (urządzenie zbudowane przez innowatora-technika Johanna Nepomuka Mälzla, twórcę znanego nam metronomu oraz mechanicznego szachisty, uwiecznionego też przez Edgara Allana Poe). Sam Spohr w pamiętnikach wspomina, że kompozytor był zachwycony prawykonaniem swego dzieła, wręcz podskakiwał przy sforzando i wymachiwał entuzjastycznie ramionami, zaś przyjaciele Beethovena poczynili przygotowania do powtórzenia koncertu. Wspomniane sforzando z czwartej części sam Beethoven opisał znakami fff co nawet jemu samemu nieczęsto się zdarzało. Donald Tovey w Esejach muzycznej analizy przyrównał tę część do furii wprost z bachanaliów. Nie inaczej Richard Wagner, który zachwycony dziełem nazwał je apoteozą tańca, gdy sam kompozytor miał rzec, iż jest jednym z najlepszych w dorobku.

Ale… Friedrich Weick (pianista, ojciec Clary, późniejszej żony Roberta Schumanna) wraz z wieloma muzykami z orkiestry (zapewne z racji na konieczną biegłość w grze), uznali, iż dzieło musiał pisać kompozytor będąc pijanym. Dalej posunął się dyrygent Thomas Beecham, mówiąc: co z tym zrobić? To tak jak wyskakało stado jaków (o III części, opartej na austriackiej pieśni religijnej), zaś Carl Maria von Weber uznał partię kontrabasów z I części jako dowód na to, że: Beethoven powinien dawno trafić do domu wariatów (za: Johna Hamilton Warrack).

A wracając do wątku haydnowskiego, to właśnie w II części VII Symfonii Beethovena upatruje się twórczej kontynuacji eksperymentów w warstwie instrumentacji partii smyczków. Tym samym śmiało można powiedzieć, że Maestro Ludwig, który już w czasie premiery miał tak poważne problemy ze słuchem, że wspierał się przenośnym notatnikiem, bezspornie był sukcesorem i twórczym epigonem-geniuszem swojego nauczyciela, Josepha Haydna.

I tak muzyka zatacza krąg pokazując, że jest niekończącą się sztafetą pokoleń Mistrzów i uczniów.

Szczegóły
Data: 5 lutego 2023
Czas: 18:00 - 19:00
Miejsce wydarzenia
Zamek Królewski w Warszawie
Adres: Pl. Zamkowy 4
+ Google Map