Leszek Możdżer na balu w operze – www.legalnakultura.pl

 

Leszek Możdżer na balu w operze

27.03.26


I bac jazz!

I gra orkiestra

Z czterech rogów

Z czterech estrad

Z czterech rogów

IDE

OLO

A tancerzy diabli biorą!

Wydawać by się mogło, że wszytko jest na odwrót: aktorzy musicalowi na operowej scenie, pianista zostający aktorem, publiczność tańcząca na widowni, będącej jednocześnie sceną i pisarz, który nadaje wszystkim szalony rytm. Przedstawienie, w którym oglądamy siebie jak w odwróconym obrazie, w roześmianym pochodzie, zmierzającym do zatracenia. “Bal w Operze” Juliana Tuwima trafił na scenę Warszawskiej Opery Kameralnej, a kroku poecie dotrzymują Agnieszka Płoszajska (reżyseria) i Leszek Możdżer (muzyka), którzy opowiedzieli nam o swoich interpretacjach tego wyjątkowego tekstu. Z artystami rozmawiała Marzena Mikosz

 

Czy „Bal w Operze” Juliana Tuwima jest dzisiaj nadal aktualny?

 

Leszek Możdżer: Umysł Tuwima jest niezależny, myślący przenikliwie. Bardzo potrzebujemy go przestrzeni informacyjnej, otwartej. Potrzebujemy Tuwima, aby zmienić perspektywę, postrzeganie rzeczywistości, poczuć żarliwą miłość, żarliwą tęsknotę za lepszym światem. Potrzebujemy jego bezlitosnego opisu codzienności.

 

Agnieszka Płoszajska: Przyznaję, że przy pierwszym czytaniu, tekst mnie odrzucił. Zwykle opowiadam w swoich spektaklach historie – jeśli nie linerane, to jednak z naciskiem na relacje między bohaterami. Muszę mieć wewnętrzny powód, by zaangażować się w realizację. A ten poemat satyryczny, nasycony neologizmami wymaga skupienia, przetłumaczenia wyrazów, niektórych kontekstów, wydał mi się chaosem znaczeń i rytmów. Jednak, kiedy się w niego zanurzyłam głębiej, okazał się być porażająco aktualny. Wyczuwam w nim bardzo dużo frustracji, buntu, bezkompromisowości w diagnozie rzeczywistości.

 

Ten wiersz ma swoją specyfikę, rytm.

 

LM: Polski język jest trudny z tego względu, że ma bardzo długie wyrazy i akcent zawsze padający na przedostatnią sylabę. Muzycznie trzeba go bardzo pieczołowicie zorganizować, tak żeby akcentowana sylaba wypadła zawsze na mocną część taktu. Natomiast Tuwim, o dziwo, w swoim poemacie używa bardzo dużo krótkich słów, jedno-, dwu-, trzysylabowych. Wprowadza słowa abstrakcyjne, krótkie, przez co język staje się bardziej perkusyjny i wdzięczny do komponowania. Tak jakby Tuwim rozumiał tekst jako muzykę. Jednocześnie, jest to tekst bardzo nowoczesny, zawierający abstrakcyjne słowa: Archimałpa, Zadozmora, Szantan Kikimora, kozłonogi Sylen. To wszystko są pewnego rodzaju zabiegi Tuwima, które działają na wyobraźnię, ale w szybkim tempie, zwłaszcza jeżeli one są jeszcze śpiewane, to nie ma szans, żeby ten tekst dotarł do odbiorcy. Najlepiej więc byłoby jakby publiczność przyszła przygotowana. Ale kto ma dzisiaj czas czytać poematy, prawda?

 

Po zobaczeniu próby mam takie podsumowanie, niczego nie oczekuj, wszystkiego się spodziewaj. Mix stylów, gatunków…

 

AP: [Śmiech] Jak bal, to bal! Zapraszamy na imprezę, a na niej mogą dziać się różne rzeczy.

 

Czyli, jeśli ktoś z Wami będzie chciał zatańczyć walca, to może?

 

AP: Oczywiście! Jest to wręcz wskazane. Zapraszamy na miejsca stojące, można tańczyć, wchodzić w interakcje z aktorami, zaśpiewać z Możdżerem. Akcja spektaklu rozgrywa się współcześnie, tu i teraz, a wyobraźnia muzyczna Leszka nie ma ograniczeń, więc zawarł w partyturze wiele gatunków, również np. techno.

 

LM: Styl jest pewnego rodzaju złudzeniem, jest konwencją, którą podświadomość rozpoznaje. Można powiedzieć, że operuję tutaj zastanymi wariantami muzycznymi. Po to, żeby nawiązać kontakt z publicznością. Nie chciałbym wypracowywać jakiegoś nowego języka. Chcę, żeby publiczność miała poczucie, że mówimy do niej w języku zrozumiałym, znanym.

 

Kto wpadł na pomysł by właśnie w Basenie Artystycznym…

 

LM i AP: Alicja Węgorzewska…

 

LM: …ona widziała koncertową wersję tego utworu w Poznaniu przed wielu laty, zapadło jej to w pamięć i już wtedy zaproponowała, żebyśmy ten tekst pokazali warszawskiej publiczności. Muzyka została przeorganizowana, przearanżowana, adaptowana na tutejsze warunki. Wprowadziłem sporo zmian w kompozycji i na obecnym etapie przygotowań, zaczynamy już mieć frajdę z pracy.

 

To nie jest Pana pierwsza interpretacja Tuwimowego balu? Czym ta wersja różni od wystawianej we Wrocławiu ponad 20 lat temu?

 

LM: Chyba wszystkim! Inny reżyser, inna koncepcja, inny zespół wykonawców, muzyków, inna przestrzeń, inny kontekst historyczny. Biorę czynny udział w tym spektaklu również jako aktor, a nie tylko aranżer. Ten tekst został napisany w 1936 r.  Świat wygląda inaczej niż 100 lat temu i inaczej niż w 2003 r. Zmieniła się technologia, postrzeganie świata, aparat pojęciowy. Ja też już mam inną świadomość.

 

W tym projekcie nie tylko aranżuje Pan muzykę, ale jest Pan również aktorem. Uprawia Pan regularnie „artystyczny ekshibicjonizm”, ale tutaj odsłania się Pan jeszcze bardziej.

 

LM: To jest dla mnie nowe doświadczenie i jestem rzeczywiście bardzo ciekaw, jak moje ciało zareaguje na spotkanie z publicznością na tym poziomie. Używam zasobów, które sam sobie wypracowałem pod względem własnych przekonań, jak i też pod względem swojej emocjonalności, rozumienia rzeczywistości, dostępu do pewnych energetycznych pól i to wszystko mogę wyrazić i pokazać publiczności już nie w formie abstrakcyjnej, w formie języka muzyki, tylko jako aktor, który się wypowiada normalnie, linearnym, werbalnym, znaczeniowym językiem. Będzie bardzo ciekawe. Czuję, że rozumiem Tuwima. Podczas przygotowań poznałem zagadnienia związane z zapamiętaniem tekstu, skorelowania wypowiedzi z mową ciała, z pozycjonowaniem na scenie… To bardzo interesujące i nowe doświadczenie dla mnie.

 

Jakiś specjalny trening?

 

LM: Ja ten tekst znam bardzo dobrze, właściwie na pamięć. Pisanie muzyki pomogło mi zapamiętać każdą sylabę. Wiem po prostu, gdzie ona leży i ten tekst mi się bardzo podoba.

 

Agnieszka wspomniała, że spektakl zakłada zaangażowanie publiczności. Czy poza przeczytaniem wiersza powinna się ona jeszcze jakoś przygotować? 

 

LM: Dobrze byłoby przeczytać poemat przed spektaklem, bo ciekawe może być porównanie tekstu zapisanego do zorganizowanego w formie muzycznej. Natomiast można się spodziewać pewnego rodzaju lustra samoobserwacji, samopojęcia i samozrozumienia tego, jakim mechanizmom podlegamy, bo tutaj trochę manipulujemy publicznością, ale wyłącznie w tym celu, żebyśmy sobie wszyscy uzmysłowili, jakim mechanizmom podlegamy na co dzień w przestrzeni informacyjnej.

 

AP: Zachęcam do otwartości na to, co się dzieje. Na pewno nie jest to przedstawienie operowe, ale nie jest to też musical. Wymykamy się schematowi eksperymentując i pozwalając sobie na działania performatywne. Zachęcam, by skorzystać z bliskości akcji, zajrzeć aktorom w oczy, szukać w nich scenicznej prawdy. Dzięki temu można doświadczyć teatru na nowym poziomie emocjonalnym i poniekąd stać się częścią spektaklu.

 

Wchodzimy w Hübnerowy teatr, który się wtrąca?

 

LM: Najistotniejsze w tym tekście jest oczywiście perspektywa biblijna, perspektywa apokaliptyczna, którą Tuwim bardzo wyraźnie zaznacza. Te kosmiczne ujęcia w postaci orbitalnych, przestrzeni kosmicznych i tak naprawdę uniwersalnego ujęcia szatana jako tymczasowego demiurga, który zarządza naszą rzeczywistością. A przede wszystkim tekst niesie ze sobą bardzo pozytywne przesłanie, że ten zakłamany świat sam się pożre i ulegnie zapadnięciu. Ten świat się sam zniweczy.

 

To jest pozytywne?

 

LM: To jest bardzo pozytywne, bo wszyscy tylko na to czekamy, kiedy wreszcie ten koszmar przebywania w krwawej grze się skończy i będziemy mogli się po prostu cieszyć życiem.

 

AP: Wtrącać się niewątpliwie trzeba, pod warunkiem, że dokonujemy równie surowej autokrytyki. Środowisko sztuki, w którym funkcjonujemy w pewnym sensie również jest elitarne. I właśnie dlatego, że czerpiemy z tego tytułu pewne przywileje, mamy również obowiązek mówić o rzeczach trudnych. “Bal w Operze” Tuwima jest pretekstem do wzbudzenia refleksji, może nawet pewnego rodzaju wstrząsu. Wyobraź sobie, że niektórzy nadal boją się tego tekstu…

 

Naprawdę? 

 

AP: Słyszę wiele głosów, że będzie skandal i że ktoś na pewno się obrazi. Niektórzy odmówili współpracy argumentując, że tekst jest zbyt wulgarny. Tak, bywa wulgarny, a my nie zmieniamy i nie dopisujemy ani słowa.

 

Ale poczekaj, wulgarność już tak weszła do polskiego filmu, do przestrzeni publicznej tak powszechnie, że w ogóle nie zwracamy na to uwagi. Ja mieszkam poza Polską i kontakt z polską sceną, z polskim ekranem mam sporadyczny, dlatego zaskakuje mnie, że za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam po kilku miesiącach czy czasami po roku, ten język się coraz bardziej pauperyzuje, wulgaryzuje. I nagle Tuwim przeszkadza?! 

 

AP: Tak, to mnie bardzo zaskoczyło.  Ale kiedy teraz o to zapytałaś, to przyszło mi do głowy, że może Tuwimowe wulgaryzmy to tylko wymówka, żeby nie przyznać czego naprawdę boimy się w tym tekście? Jeżeli tak bezlitośnie demaskuje sferę elit, władzy, może pojawia się obawa, że ktoś nas wywoła do odpowiedzi i każe przeglądać się w tym lustrze bez żadnych filtrów? Może podświadomie boimy się odnaleźć siebie wśród bohaterów Balu? Na pewno łatwiej jest publicznie przyznać, że obawiamy się wulgaryzmów, seksualności tematów religijnych, niż do tego, że ten tekst w jakimś stopniu jest o nas samych?

 

„Bal” jest chyba jednym z nielicznych komentarzy politycznych Tuwima.

 

LM: To nawet nie jest komentarz polityczny, dlatego że on, tak naprawdę, dotyka w ogóle systemu operacyjnego, mediów, służb – tajniak na tajniaka mruga. Opisuje, że nasza rzeczywistość to jakaś przedziwna konstrukcja, która rządzi się nam paskudnymi prawami. Ten układ na nas poniekąd żeruje, ale też przekupuje. Jest jak przedziwna symbioza pasożyta z ofiarą, która obydwu stronom daje pewnego rodzaju ułudę, przeżycie, w którym my, jako peleton, zmierzamy w stronę samoświadomości. O tym też jest ten spektakl.

 

A jeszcze w rzeczywistości obecnego przebodźcowania informacjami i braku skupienia na nich.   

 

LM: Tak, to już widać coraz bardziej, że nawet najpoważniejsze agencje prasowe właściwie podają newsy, które później się weryfikują negatywnie, pokazując, że świat tak zwanej informacji jest pewnego rodzaju show biznesem. Nawet się mówi „scena polityczna”. A skoro jest scena to znaczy, że są aktorzy, skoro są aktorzy to jest scenariusz, skoro jest scenariusz to jest scenarzysta, reżyser, producent i tak dalej. Sama więc w sobie scena jest też pewnego rodzaju show biznesowym zjawiskiem, tylko już na wyższym trochę poziomie, bo pretenduje do prawdy, ale prawdą nie jest.

 

Czyli większa prawda jest w teatrze niż…

 

LM: Tak, okazuje się, że tak, że większa prawda jest w teatrze. Ale to właściwie niewiele zmienia, bo i tak koniec końców każdy, artysta też, ma rachunki do zapłacenia, ma więc tendencję do dryfowania w stronę popularności, większych pieniędzy… Za co też czasami przychodzi kara, prawda?

 

Czy spektakl jest zbudowany już muzycznie od A do Z, czy będzie tam miejsce na improwizację?

 

LM: W tej chwili wypracowujemy jeszcze formę. Generalnie dosyć dużo improwizujemy, zwłaszcza ja w swoich warstwach fortepianowych, ale wciąż jeszcze dyskutujemy i decydujemy o tym, ile miejsca może być przeznaczone na instrumentalne interludia.

 

A jak jest zbudowany zespół? To nie są śpiewacy operowi?

 

AP: Nie, dlatego, że partytura tylko w kilku fragmentach wymaga klasycznego wokalu. Skupiliśmy uwagę na aktorach musicalowych do zadań specjalnych [śmiech]. Materiał muzyczny jest niezmiernie trudny, wymagający i rytmicznie, i harmonicznie. Wielką pracę wykonała Paulina Stekla, która przygotowuje wokalnie aktorów. Santiago Bello choreograf również zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, wymagania są więc przed wykonawcami ogromne. Czas preprodukcji był wyjątkowo krótki i nie było możliwości zorganizowania castingu, dlatego zaprosiliśmy do współpracy w większości aktorów, z którymi miałam już przyjemność pracować. Zespół zbudowany jest z osób, które nie boją się wyzwań, mają do nas zaufanie i z odwagą, i oddaniem wchodzą w ten rodzaj eksperymentu teatralnego.

A jak Pan się czuje jako aktor, kiedy trzeba się podporządkować decyzjom reżysera?

 

LM: Agnieszka jest otwarta, bardzo partneruje mi i korzysta z moich pomysłów aranżerskich, co mi się pierwszy raz w życiu zdarzyło, bo kompozytor prawie nigdy nie ma nic do powiedzenia w spektaklu. To zawsze jest bardzo hierarchiczna struktura. Również jako aktor proponuję konkretne rozwiązania, np. techniczne.  Rozmawiamy, dyskutujemy i nawzajem się napędzamy.

 

Kim są muzycy, z którym Pan współpracuje?

 

LM: To są moi ukochani muzycy, których uwielbiam, z którymi mam bardzo głębokie relacje od lat 90. Robiliśmy razem nasze pierwsze spektakle, a potem realizowaliśmy własne projekty, mimo to, więź z nimi jest wyjątkowa, głęboka, rzewna, przyjacielska. Z Patrykiem Stachurą i z Piotrem Manią robiliśmy „Sen Nocy Letniej” w Gdyni, ale dopiero w „Balu” po raz pierwszy możemy wreszcie ze sobą zagrać. To dla mnie właśnie powrót do tamtych młodzieńczych energii.

 

Przy „Balu” współpracuje Pan z muzykami jazzowymi, ale to nowy projekt dla WOKu. Wcześniej to Pan wszedł w tkankę opery i grał z orkiestrą instrumentów dawnych. Teraz ewolucja jest po stronie opery, zamiast baroku …. będą musicale?

 

LM: Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony otwartością Alicji, która otworzyła się na inną estetykę i wprowadziła te treści do murów Warszawskiej Opery Kameralnej. No ale my się rozwijamy, muzyka się rozwija, technologia się rozwija, a największą siłą tego spektaklu tak naprawdę jest Tuwim!

 

Z Agnieszką Płoszajską i Leszkiem Możdżerem rozmawiała Marzena Mikosz

 

Marzena Mikosz – producentka, animatorka kultury, związana głównie z muzyką klasyczną, operową i dawną. Na stałe mieszka i pracuje w Szwajcarii, gdzie m.in. promuje polską kulturę i artystów. Z Fundacją Legalna Kultura współpracuje od 2015 r., początkowo jako odpowiedzialna za projekt „Kultura na Widoku”, obecnie jest głosem doradczym, pisze teksty i przeprowadza wywiady.

Skip to content