Niektórzy wolą na zimno
Paweł Szkotak wysyła bohaterów Mozartowskiego „Così fan tutte” w Warszawie do szkoły miłości, a Adam Banaszak zamienia orkiestrę w rozpętanego Prometeusza
Jürgen Otten
Manhattan potrafi być magiczny – pod warunkiem, że dysponuje się odpowiednio grubym portfelem, który pozwala tę magię przeżyć. Dwie pary kochanków, które u Lorenza Da Pontego (spędzającego ostatnią część życia w Nowym Jorku, gdzie od sprzedawcy owoców i warzyw na Bowery stał się profesorem, z nostalgią i bez zębów wspominając swoje pełne romansów życie) oraz u Wolfganga Amadeusza Mozarta marzyły pod neapolitańskimi cytrynowcami o beztrosce i rozkoszach życia, w niewytłumaczalny sposób trafiają właśnie tam.
Sugestia ta pojawia się już w obrazie dominującym na tylnej ścianie sceny: kopia Empire State Building, kilka innych drapaczy chmur i odrobina kwitnącego bzu. W takim idyllicznym otoczeniu Fiordiligi, Guglielmo, Dorabella i Ferrando urządzili swoje eleganckie loftowe mieszkanie, ćwicząc sztukę dobrego życia przy obowiązkowych atrybutach: białym winie, wellness i służbie ubranej na biało.
Ponieważ jednak opera buffa Mozarta nosi podtytuł „La scuola degli amanti” („Szkoła kochanków”), reżyser Paweł Szkotak sadza swoich bohaterów z powrotem w szkolnych ławkach. Ich nauczyciel, Don Alfonso, którego Artur Janda kreuje z dużą swobodą jako bardzo bogatego, nieco już postarzałego kobieciarza, bon vivanta i wielkomiejskiego snoba rodem z „Wielkiego Gatsby’ego”, nie potrafi pogodzić się z idealnym szczęściem młodych ludzi. Z ironicznym uśmiechem postanawia więc wystawić obie pary na ciężką próbę. Sprawdźmy, czy cyniczna gra nie zakończy się prawdziwą katastrofą.
Aby osiągnąć ten efekt, Szkotak wymyśla rozwiązanie, które początkowo wydaje się absurdalne, a nawet banalne, lecz z czasem okazuje się wyjątkowo atrakcyjne. Gdy tylko zakład zostaje zawarty, Don Alfonso wysyła swoich podopiecznych… na Grenlandię. Na nartach! Oczywiście tylko pozornie – zaraz wracają, ale nie jako „Turcy i Wołosi”, lecz jako Inuici, rdzenni mieszkańcy wyspy, którą samozwańczy król Manhattanu, Waszyngtonu i całych Stanów Zjednoczonych uczynił niedawno jednym ze swoich najważniejszych politycznych celów.
To uszczypliwe nawiązanie do imperialnych ambicji służy jednak przede wszystkim przeniesieniu absurdu polityki na grunt erotycznych intryg. Ma też dodatkowy efekt: Fiordiligi – „starannie pielęgnowany kwiat” – i jej piękna jak złoto siostra Dorabella naprawdę nie rozpoznają swoich ukochanych. Widzą przed sobą dzikich, egzotycznych, intrygujących przybyszów.
A co przynoszą ze sobą mężczyźni, gdy już poznają świat cywilizacji, a damy ochłoną po pierwszym szoku? W drewnianej skrzyni pojawia się prezent – śnieżnobiały niedźwiedź polarny z piany mydlanej, pod którego kostiumem ukrywa się tancerka Klaudia Janicka, wcześniej podczas uwertury C-dur występująca jako członkini obsługi. Jest tak uroczy, że aż chciałoby się go przytulić. Nic więc dziwnego, że Fiordiligi i Dorabella nie protestują, gdy siada obok nich na kanapie i zaczyna się do nich tulić.
Mamy więc prawdziwe zderzenie kultur. Równocześnie inscenizacja wprowadza istotną zmianę względem oryginału. Zamiana partnerów nie przebiega już tak łatwo. Ferrando (znakomity debiut Łukasza Kózki) wprawdzie sięga po nóż, ale w ostatniej chwili odzyskuje rozsądek. Guglielmo natomiast całkowicie traci panowanie nad sobą, widząc, jak jego Penelopa rozpływa się w ramionach przyjaciela. Zabawa przestaje być zabawą i zamienia się w dramat. Nawet podczas upozorowanego ślubu wyraźnie widać, jak bardzo ten układ jest mu obcy. Nie pragnie Dorabelli – choć Katarzyna Szymkowiak śpiewa tę partię z lirycznym żarem – lecz Fiordiligi. To ją kocha i tylko ją.
Huberta Zapióra można doskonale zrozumieć. Ten znakomity baryton dorównuje pod względem wokalnym Aleksandrze Orłowskiej. Oboje imponują nie tylko techniczną pewnością, lecz także potęgą głosów, które niemal rozsadzają kameralną przestrzeń teatru. „Come scoglio” Orłowskiej brzmi równie spektakularnie jak „Non siate ritrosi” Zapióra, podczas którego – zgodnie ze stereotypowym wyobrażeniem o „dzikich” – bez skrępowania prezentuje muskuły i tatuaże na piersi. Obie arie mają ciężar, inteligencję i artystyczną szlachetność. Można jedynie żałować, że wybitna sopranistka nie wykonuje również swojego ronda E-dur. Ono, podobnie jak wiele innych fragmentów – zwłaszcza recytatywów – zostało skrócone.
Dziwaczna logika spektaklu doskonale współgra z jego muzycznym wymiarem. Bo nie tylko na scenie panuje chaos – również w orkiestronie króluje czysta ekstaza. A właściwie rozpętany Prometeusz – Adam Banaszak. Dyrygent orkiestry Warszawskiej Opery Kameralnej grającej na instrumentach historycznych sprawia wrażenie, jakby chciał ustanowić nowy rekord świata. Tempa bywają szaleńczo szybkie, ale Banaszak przez cały czas panuje nad sytuacją. Muzycy bezbłędnie realizują jego wizję: niepokój, zamęt emocji i nadmiar energii. Rzadko zdarza się przedstawienie „Così fan tutte”, które ani przez chwilę nie traci napięcia. Tutaj iskry lecą nieustannie.
Prawdziwą „iskrą” wieczoru okazuje się Despina Teresy Marut. To naturalny talent aktorski, obdarzony znakomitą mimiką, świetnym wyczuciem gestu i swobodą taneczną, a także koloraturowym sopranem, który z lekkością gazeli przeskakuje przez muzyczne szczyty. Ta pokojówka ubrana klasycznie – w małą czarną sukienkę i biały fartuszek – okazuje się również wyjątkowo sprytna. Kiedy zdradzeni narzeczeni rzucają Don Alfonsowi pod nogi umówioną stawkę zakładu, Despina błyskawicznie zgarnia dolary do swojej torebki, przy okazji zabierając również amulet Dorabelli.
Przesłanie reżysera jest czytelne: w prawdziwą miłość wierzy tylko częściowo, znacznie bardziej ufa „towarowi”, jakim miłość potrafi się stać. Nie moralizuje jednak. Pokazuje uczucia i relacje takimi, jakie są – kruche i niestabilne. Jednocześnie wykazuje ogromne poczucie humoru. Chór początkowo występuje jako grupa nowobogackich nowojorczyków, by później przeobrazić się w Grenlandczyków ubranych w puchowe kurtki, wełniane swetry i skórzane spodnie. Kolejne zderzenie kultur, ale nie jako dydaktyczna lekcja z podniesionym palcem, lecz jako ironiczny komentarz do stereotypów zakorzenionych w milionach ludzkich głów.
Całość jest groteskowa, szalona i świadomie niepokorna. Ale czy miłość – niezależnie od tego, jak ją rozumiemy i przeżywamy – nie jest właśnie taka sama? Jedni wolą gorąco, inni zimno. W tym przypadku oba żywioły tworzą spektakl, który z niezwykłą wirtuozerią przeskakuje ponad kliszami i ostatecznie pozostawia Manhattan daleko za sobą. Bo magia nigdy nie jest przywiązana do jednego miejsca.
Mozart: „Così fan tutte”
Warszawa | Warszawska Opera Kameralna
Premiera: 7 maja 2026
Kierownictwo muzyczne: Adam Banaszak
Reżyseria: Paweł Szkotak
Scenografia: Mariusz Napierała
Kostiumy: Sylwester Krupiński
Światło: Bogumił Palewicz
Wideo: Hektor Werios
Chór: Krzysztof Kusiel-Moroz
Choreografia: Iwona Runowska
Obsada:
- Aleksandra Orłowska – Fiordiligi
- Katarzyna Szymkowiak – Dorabella
- Łukasz Kózka – Ferrando
- Hubert Zapiór – Guglielmo
- Teresa Marut – Despina
- Artur Janda – Don Alfonso
Manche mögen’s kalt
Paweł Szkotak schickt das Personal von Mozarts «Così fan tutte» in Warschau auf die Liebesschulbank, Adam Banaszak gibt im Graben den entfesselten Prometheus
Ein Beitrag von
Jürgen Otten
Manhattan kann magisch sein – wenn man das nötige Kleingeld hat, um den Spaß zu finanzieren, der die Magie auszulösen vermag. Jene beiden Paare, die noch bei Lorenzo Da Ponte (der sein letztes Lebensdrittel in New York verbrachte, vom Obst- und Gemüsehändler in der Bowery zum Professor mutierte und wehmütig wie zahnlos auf sein an Amouren reiches Leben zurückschaute) und Wolfgang Amadeus Mozart unter neapolitanischen Zitronenbäumen von der Muße sowie dem damit verbundenen Genuss träumten, sind auf unergründlichen Wegen dort gelandet.
Das zumindest suggeriert jenes «Bild», das auf der Bühnenrückwand prangt, mit einer Kopie des Empire State Building, einigen anderen Wolkenkratzern sowie einem Hauch von Flieder. Ein Idyll, indem sich Fiordiligi, Guglielmo, Dorabella und Ferrando eingerichtet haben und in ihrem schick-mondänen Loft das Savoir-vivre üben, mit den üblichen Ingredienzen: Weißwein, Wellness und weißgewandete Dienerschaft. Da aber Mozarts Opera buffa «Così fan tutte» im Untertitel «La scuola degli amanti» heißt, wird das Dolce-vita-Quartett von Regisseur Paweł Szkotak in Warschau auf die Schulbank gedrückt. Ihr Lehrer Don Alfonso, den Artur Janda sehr gekonnt als superreichen, aber schon etwas angejahrten Frauenheld, Bonvivant und Großstadt-Snob à la Great Gatsby gibt, kommt mit diesem jungen Glück nicht so richtig klar – und stellt deswegen beide Paare mit maliziösem Grinsen im Gesicht auf eine harte Probe. Wollen wir doch mal sehen, ob das zynische Spiel im Zweifel nicht auch zu einem echten Eklat führt. Um zum Erfolg zu gelangen, hat sich Regisseur Szkotak etwas ausgedacht, das auf den ersten Blick absurd (und auch platt) anmutet, im Verlauf des Abends aber einen gehörigen Reiz entfaltet: Der Drahtzieher schickt seine Jungs, kaum ist die dollarschwere Wette abgeschlossen, nach Grönland. Auf Skiern! Natürlich nur vermeintlich, sie kommen ja gleich wieder zurück, aber nicht als «Turchi e Walachi», sondern als Inuit, sprich: als indigene Bewohner jener Insel, die der König von Manhattan, Washington D. C. und der ganzen verdammten Vereinigten Staaten von Amerika, vor Monaten zu einem seiner vorrangigsten Ziele erklärte. Der Seitenhieb auf den imperialistischen Gestus dient aber nur dazu, die Abwegigkeit der politischen auf die der erotischen Absichten umzuleiten. Und hat dazu den Nebeneffekt, dass Fiordi -ligi, die sorgfältige Blüte, und ihre Schwester, die goldschöne Dora -bella wirklich nicht kapieren, wer da vor ihnen steht. Wilde sind’s, soviel ist klar, exotisch, irgendwie reizvoll.
Und was bringen die Kerle, kaum haben sie den zivilisierten Raum erkundet (und die Ladies den ersten heftigen Schreck überwunden), in einer Holzkiste als Präsent mit, um für Eindruck zu sorgen? Einen seifenschaumweißen Eisbären (hinter dem sich die Tänzerin Klaudia Janicka verbirgt, die während der C-Dur-Ouvertüre noch als Servicekraft über die Bühne hüpfte). Richtig schnuckelig, förmlich zum Anbeißen. Also haben Fiordiligi und Dorabella auch gar nichts einzuwenden, als er neben ihnen auf dem Sofa Platz nimmt und sich an sie herankuschelt.
Clash of cultures also. Der aber eine wesentliche Änderung zum Original enthält. Ganz so einfach ist es mit den Wahlverwandtschaften eben doch nicht. Während Ferrando (Łukasz Kózka mit einem mehr als beachtlichen Debüt) das Messer zwar zückt, aber noch die Kurve kriegt, rastet Guglielmo komplett aus, als er mitansehen muss, wie seine Penelope in den Armen des Freundes dahinschmilzt. Aus Spiel wird Ernst. Und selbst bei der fingierten Hochzeit sieht man deutlich, wie wenig das Liebes-Arrangement den wahren Empfindungen dieses Mannes schmeckt. Er will Dora -bella gar nicht (obwohl Katarzyna Szymkowiak sie mit lyrischer Inbrunst singt), er will Fiordiligi. Weil er sie, und nur sie, liebt.
Verstehen kann man Hubert Zapiór gut. Denn stimmlich agiert der bärenstarke Bariton auf Augenhöhe mit Aleksandra Orłowska. Beide gebieten nicht nur über eine stupende technische Souveränität, sie drohen mit ihren mächtigen Stimmen auch die Kammeroper in die Luft zu sprengen. Orłowskas «Come scoglio»-Selbstversicherung klingt ebenso fulminant wie Zapiórs «Non siate ritrosi»-Eigenlob (bei dem er sich, so sind nun mal die Wilden in der gängigen Vorstellung, auch nicht entblödet, ihr seine Muskeln und Brust-Tattoos zu präsentieren). Beide Arien besitzen Gewicht, Geist, gestalterische Noblesse. Und eigentlich muss man es bedauern, dass die Ausnahme-Sopranistin nicht auch noch ihr E-Dur-Rondo singen darf. Aber das ist, wie vieles andere auch (vor allem in den Rezitativen), gestrichen.
Die bizarre Logik der Inszenierung gibt es her, der musikalische Rahmen sowieso. Denn nicht nur auf der Bühne geht es drunter und drüber. Auch im Graben herrscht die pure Ekstase. Oder genauer: der entfesselte Prometheus – Adam Banaszak. Der Dirigent des auf historischen Instrumenten spielenden Opera-Kameralna-Orchesters will anscheinend einen neuen Weltrekord aufstellen. Aberwitzig schnell sind zum Teil die Tempi. Doch Banaszak hat die Sache im Griff. Seine Musikerinnen und Musiker folgen ihm aufs Wort, und sie können das, was er will: den Aufruhr, das Tohuwabohu der Emotionen, den Überschuss an Energie. Man erlebt es selten, dass eine «Così»-Aufführung nicht einen Takt langmütig ist. Hier aber schon. Die Fetzen fliegen, die Funken schlagen hoch.
Das Funkenmariechen vom Dienst gibt in dieser Aufführung die Despina von Teresa Marut. Ein Naturtalent, mimisch wie ges -tisch und auch tänzerisch, dazu gesegnet mit einem Koloratur -sopran, der wie eine Gazelle durchs klingende Gebirg hüpft. Und durchtrieben ist diese im kleinen Schwarzen mit weißer Schürze «klassisch» gekleidete Kammerzofe auch: Als die Hahnreie den vereinbarten Wettzoll entrichten und dem verhassten Freund Don Alfonso vor die Füße werfen, klaubt Despina die Dollarscheine kurzerhand auf, steckt sie in ihre Tasche und nimmt auch gleich noch Dorabellas Amulett dazu.
Die Botschaft des Regisseurs ist (nicht erst hier) eindeutig: An die wahre Liebe glaubt er nur sehr bedingt, an die «Ware» Liebe schon eher. Doch verfährt er dabei gänzlich amoralisch. Er zeigt die Dinge und Gefühle nur, was und wie sie sind: fragil. Und er hat einen immensen Sinn für Humor. Der Chor erscheint zunächst als Ansammlung neureicher New Yorker Damen und Herren, später aber als Gruppe von Grönländern, in Daunenjacken, Strickpullis und Lederhosen. Clash of cultures also auch hier. Aber nicht als Lehrstück mit Zeigefinger, sondern als augenzwinkernder Verweis auf jene Klischees, die in Millionen von Köpfen wohnen. Ja, das Ganze ist grotesk, verrückt, unbotmäßig. Aber ist nicht die Liebe, wie auch immer sie versteht und lebt, genauso? Manche mögen’s heiß, manche mögen’s kalt. In diesem Fall ergänzt sich beides zu einem Abend, der virtuos über die Klischee-Klippen hinwegspringt und letztlich auch Manhattan hinter sich lässt. Magie ist nie an einen besonderen Ort gebunden.
Mozart: Così fan tutte
WARSCHAU | OPERA KAMERALNA Premiere: 7. Mai 2026
Musikalische Leitung: Adam Banaszak
Inszenierung: Paweł Szkotak
Bühne: Mariusz Napierała
Kostüme: Sylwester Krupiński
Licht: Bogumił Palewicz
Video: Hektor Werios
Chor: Krzysztof Kusiel-Moroz
Choreographie: Iwona Runowska
Solisten: Aleksandra Orłowska (Fiordiligi), Katarzyna Szymkowiak (Dorabella), Łukasz Kózka (Ferrando), Hubert Zapiór (Guglielmo), Teresa Marut (Despina), Artur Janda (Don Alfonso)
www.operakameralna.pl