O spektaklu zrobiło się głośno, gdy dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej Alicja Węgorzewska-Whiskerd z radością ogłosiła, że scenografię do „Czarodziejskiego fletu” robi Rafał Olbiński. Nagradzany na świecie twórca chętnie przyjął propozycję pracy przy dziele Mozarta. Było to nie lada wyzwanie, bowiem niewielka scena Opery Kameralnej wymaga od autorów spektaklu kunsztu i sprytu.

Przede wszystkim ta scenografia nie może przytłoczyć ludzi skalą. Trzeba zaskoczyć widzów niespodzianką, chciałoby się powiedzieć – pięknem. Jeśli to się uda, to fantastycznie

– stwierdził Olbiński podczas rozmowy ze mną. I udało się. Autorzy strony wizualnej nie zdominowali spektaklu, a wydobyli z niego urok, magię i szyk. Duża w tym zasługa rewelacyjnego doboru kolorów. Dominujące na scenie różne odcienie granatu są pięknym, niezwykle dostojnym tłem. Dodają głębi pojawiającym się na nich fantastycznym grafikom, ale też nie przyćmiewają aktorów. Dużo tu motywów starożytnych i bajkowych. Nie sposób nie zwrócić uwagi na otwierające się i zamykające kocie oko. Ze scenografią doskonale wprost korespondują zachwycające kostiumy. Marcin Łobacz, młody projektant mody robiący zawrotną karierę w Londynie, stworzył stroje tak spójne z pracami Olbińskiego, że czasami miało się wrażenie, iż postacie wychodzą, wydobywają się ze scenografii. Coś niesamowitego! Wspomnę jeszcze, że w foyer WOK można oglądać wystawę „Imperium polskich Królowych Nocy”, co daje okazję do porównania różnorodnych strojów i scenografii.

Wystawa oczywiście nie daje szansy na porównanie warstwy muzycznej, a pod tym względem realizacja w WOK wypadła znakomicie. Maestro Marcin Sompoliński ma rękę do Mozarta, co tylko udowadnia w „Czarodziejskim flecie”, a słuchać ukochanej przez melomanów opery salzburskiego mistrza na instrumentach dawnych w wykonaniu orkiestry MACV to sama przyjemność. Fenomenalnie spisali się śpiewacy. Aleksander Kunach w roli Tamina i Joanna Moskowicz jako Królowa Nocy zachwycali już nie raz. Wrażliwością i pięknym głosem ujęła mnie Ingrida Gapova w roli Paminy, zaś genialnym wykonaniem wokalnym i aktorskim oczarował Artur Janda jako Papageno. To kolejna wymagająca rola, którą ostatnio powierzono Jandzie w premierowym przedstawieniu na scenie WOK. Błyszczał jako Orfeusz, później jako  Figaro (“Wesele Figara” można obejrzeć w ramach Festiwalu Mozartowskiego 21, 22 i 23 czerwca), a teraz zachwyca i bawi jako Papageno. Nie dziwi to, że artysta dostał nominację do XIII Teatralnych Nagród Muzycznych im. Jana Kiepury w kategorii dla najlepszego śpiewaka operowego (w dziedzinie najlepszy dyrygent nominowano zaś Marcina Sompolińskiego). Postać ptasznika jest barwna i humorystyczna już w samym libretcie. Giovanny Castellanos dodał jej trochę więcej komizmu, ot, choćby wplatając zabawną przyśpiewkę w scenie, gdy Papageno został poddany próbie milczenia.

Bilety na „Czarodziejski flet” w ramach Festiwalu Mozartowskiego wyprzedały się naprędce, dlatego polecam szybką rezerwację, kiedy spektakl pojawi się na afiszu w nowym sezonie artystycznym Warszawskiej Opery Kameralnej.